dom · dzieci · kuchnia · mama w domu

ADHD

img_1839

Mama cierpi na nadmiar bodźców. Świat dookoła nagle zrobił się nie do ogarnięcia, jakby ni stąd ni zowąd zapadł na adhd. Wielopokoleniowa rodzina jest cudowna, ale czasem jakby zbyt wszechogarniająca. Mama wie, że jest złą, złą, złą blogerką, bo nie trzyma żadnych terminów ani umów zawartych z samą sobą. Mama jest też złą, złą, złą mamą, bo odgania się tylko od żądnej krwi dziatwy i każe im samym zrobić sobie jeść, jeśli nie chcą zginąć z głodu. Mama, na której przez większą część tygodnia wisi Benio oraz sporadycznie Tomek; do której cały czas ktoś coś mówi, czegoś chce, o czymś informuje lub też wykonuje utwory muzyczne solo, w duecie i z towarzyszeniem instrumentu albo recytuje „wpadła bomba do piwnicy, napisała na tablicy esoes głu-pi-pies”; otóż ta właśnie Mama ma ochotę UCIEC z domu. Daleko, daleko, gdzie jest cicho i biało, gdzie bodźce są ograniczone do minimum, a cisza cichosza otacza człowieka do maksimum. Tak więc albo biegun albo klasztor klauzurowy, taki o zaostrzonej regule. Byle tylko było biurko, przy którym Mama napisze te wszystkie posty, które ma od kilku miesięcy zaplanowane, ale których nie ma czasu napisać i przy którym uda się Mamie przestawić myślenie z trybu podtrzymującego na aktywny…No nic, jeszcze tak nie było, żeby jakoś nie było.

 

Dużodomowy model rodziny wielopokoleniowej jest ciągle in the making…tworzy się, bulgocze, czasem wykipi, czasem prezentuje się modelowo instagramowo. Dwie rodziny pod jednym, nawet dużym dachem, to prawdziwe wyzwanie. Mama i Tata od kilku miesięcy przeprowadzają wywiady środowiskowe na temat relacji teściowie-zięciowie/synowe i słyszą na ogół -Nie, no teraz jest super, ale na początku było cholernie trudno. Jedna z zaprzyjaźnionych teściowych z dużym stażem wspomina, jak jej synowa na pierwszy proszony obiad przybyła z własnym jedzeniem…inna dostała od synowej na piśmie regulamin postępowania z dzieckiem…długo by wymieniać. Mama musi dodać, że wszystkie te opowieści są snute w tonie anegdotycznym, z dużą dozą poczucia humoru i dystansu do siebie, a na dodatek w obecności obu stron tych wspominek. Ni ma lekko. Rodzina, która wypracowała jakiś swój katalog zachowań, tradycji, powiedzonek i tak dalej musi się  trochę posunąć i zrobić miejsce dla tej nowej, raczkującej (nomen omen) rodzinki i starać się jej nie pochłonąć; dać jej miejsce i czas na wzrost. Mama tylko po cichutku sobie powtarza – Nie pchaj się z łapami, kobieto. Keep calm, keep calm i łapy przy sobie. Dadzą radę, są duzi.

Mama i Tata są świadomi, że ich model rodziny jest dosyć specyficzny i nie każdemu musi odpowiadać. W DD na przykład każdy posiłek do którego zasiada więcej niż jedna osoba, staje się pretekstem do powolnego i obfitego biesiadowania, przerzucania się żartami, streszczania ostatnio przeczytanych książek, opowiadania ostatnio obejrzanych filmów tudzież puszczania setek filmików na youTube. No i dobrze. Jak komuś się spieszy, może wstać od stołu; może też przy nim nie zasiadać, tylko złapać coś w biegu i zjeść w pociągu albo przy biurku. Nie trzeba zmieniać czyjegoś zwyczaju, można żyć po swojemu i nie wpadać w irytację. Gość w dom – Bóg w dom. Keep calm i kochaj swojego teścia. I teściową. I zięcia. I tak dalej.

Jak widać ze zdjęć, Mama raz w tygodniu ma wychodne, a właściwie wyjezdne i chłonie w siebie to całe piękno, które dzieje się na świecie jesienią. Tata z DD w poniedziałki spóźnia się do pracy, bo wsiada z Mamą w samochód i jedzie wczesnym rankiem na dwie godziny gdzieś w bok od głównego nurtu rzeczywistości. Mama po takiej wyprawie wraca łagodna jak owieczka, pozostawiwszy gdzieś w polu niewygodny kostium Momstera.

1239955_559681807436531_70326652_n

Po takiej terapii Tata znajduje w sobie chęć na wieczorne męskie pieczenie ciasteczek, a Mama na gotowanie makaroniku z dynią.

A z dyniowym makaronikiem to było tak, że Mamie pojawił się na fejsiku ulubiony Jamie Olivier, zachwalający tenże przepis jako tak zwany comfort food na jesień. Jak już Mama już wcześniej wspominała, kiedy ciemności zapadają o 15.30, a temperatura spada do 3 stopni powyżej zera, najlepiej człowiekowi wchodzą węglowodaniki. Tak więc Mama z zapałem rzuciła się do eksperymentowania, odganiając niecierpliwie malkontentów i przynudzaczy wątpiących w sukces przedsięwzięcia.

Słuchajcie ludkowie, jakie to jest pyszne jedzenie! Pędźcie do sklepów po dynię, róbcie ten makaronik a wasze życie jesienią już nigdy nie będzie takie samo…

img_1864

 

img_1866

Między Bogiem a prawdą, to jest cudownie kolorowa wariacja na temat spaghetti carbonara, ale naprawdę warto, warto, warto ją zdziałać. Będzie pani zadowolona, słowo.

Oto, czego nam potrzeba:

  • 60 g wędzonego boczku (u Jamiego pancetta)
  • 3 cebulki szalotki, ja użyłam zwykłej cebuli dużej, sztuk dwie
  • ½ papryczki chilli (pominęłam, nie lubimy)
  • 650 g obranej dyni masłowej, pokrojonej na małe kawałki (ja użyłam hokkaido, bo nie miałam masłowej)
  • oliwa extra virgin
  • listki z 2  łodyg świeżego rozmarynu
  • 600 ml gorącego wywaru warzywnego
  • 400 g makaronu typu penne, albo wszystko jedno jakiego
  • sól
  • pieprz czarny mielony, ewentualnie ostra papryka w proszku lub odrobię wędzonej
  • 10 g tartego parmezanu lub podobnego sera

Po pierwsze, trzeba jak najdrobniej pociąć boczek lub pancettę, posiekać cebulkę (i chilli), a dynię pokroić w około 10 centymetrowe kawałki. Wrzucamy to wszystko, plus rozmaryn, na rozgrzaną patelnię z oliwą i smażymy na średnim ogniu przez kilka minut. Dalej dolewamy gorący wywar i niech całość bulgocze na malutkim gazie przez jakieś 20 minut, dopóki dynia nam nie zmięknie, a płyn nieco się zredukuje. Na tym etapie, jeśli nie używamy papryczki chilli, przyprawiamy sos pieprzem i ostrą papryką, po odrobinie.

W tak zwanym międzyczasie gotujemy wybrany makaron. Uwaga: makaron musi być półtwardy ( bardzo al dente), ponieważ powinien dojść do doskonałości w sosie. Kiedy makaron jest gotowy, odcedzamy go,  odlewając do kubeczka nieco wody, a kluseczki wrzucamy do dyniowego sosu. Mieszamy delikatnie i dolewamy trochę makaronowej wody, jeśli potrawa jest zbyt gęsta. Trzymamy jedzonko jeszcze przez kilka minut na gazie, żeby smaki się połączyły i przegryzły, posypujemy parmezanem i czekamy aż zrobi się cudownie jedwabisty – po czym serwujemy zachwyconej rodzinie. Na stole stawiamy pieprz, niech każdy sobie doprawi, jak chce.

Tutaj macie link do Jamiego: http://www.jamieoliver.com/recipes/pasta-recipes/gennaro-s-butternut-squash-pancetta-penne/1559_1_1436795625

W listopadzie natura schodzi do podziemia, ciężka przedwiosenna praca odbywa się na poziomie -1. Karel Capek tak to opisuje:

„I wy to nazywacie snem? Niech diabli wezmą liście i kwiat, (…) tutaj na dole, tutaj pod ziemią odbywa się ta właściwa praca, tutaj, tutaj i tutaj wyrosną nowe łodygi; stąd dotąd , z tych ram listopadowych, wytryśnie marcowe życie, tutaj, pod ziemią, nakreślony został nowy program wiosny.

(…) Mówimy, że wiosna jest okresem puszczania pędów, w rzeczywistości okresem puszczania pędów jest jesień. (…) Liście usychają dlatego, że nadchodzi zima, ale usychają także dlatego, że już nadchodzi wiosna, że już wytwarzają się małe pączki, małe jak trzaskająca spłonka, z których wybuchnie wiosna. (…) Ludzie, to jest ta właściwa wiosna; co nie jest gotowe teraz, nie będzie gotowe również w kwietniu. Przyszłość nie jest przed nami, ponieważ jest już tutaj w postaci kiełków; jest już wśród nas. (…) Gdybyśmy mogli zobaczyć, ile tłustych i białych pędów toruje sobie drogę w tym starym kultywowanym gruncie, który nazywamy dniem dzisiejszym; ile nasion potajemnie kiełkuje; jak wiele starych sadzonek mobilizuje się i organizuje w żywy pąk, który pewnego razu zmieni się w kwitnące życie, gdybyśmy mogli popatrzeć na to tajemne wyrajanie się przyszłości wśród nas, powiedzielibyśmy sobie z pewnością, że wielką głupotą jest nasza tęsknota i nasza nieufność, i że w końcu najlepiej być żywym człowiekiem, a mianowicie człowiekiem, który rośnie”. Tak, tak, potrzebujemy tej listopadowej mgły, ciemności i mżawki. „Lecz z tej śmierci życie tryska” Uczmy się od natury. Nadmiar bodźców – tu Mama wraca do początku – jest zabójczy. Mama zachłannie i zazdrośnie stoi na straży swoich chwil wyciszenia, wycofania, hibernacji. Nawet ograniczone, są cenne dla organizmu jak tlen. Duchowe oddychanie, żywy, organiczny kontakt ze Źródłem Życia. Oby jak najwięcej nowych pędów, oby jak najpiękniejsze kwiaty. Wiosna zaczyna się jesienią.

img_1825

 

 

 

 

 

 

 

Reklamy

11 thoughts on “ADHD

  1. My mamy tak mamy 🙂
    Kiedyś moim dojmującym marzeniem było chociaż trzydniowe osadzenie w areszcie, albo w izolatce w psychiatryku (w moim mieście obie te lokacje mam po sąsiedzku). Wiedziałam, że oba wymarzone lokale mają okna od podwórka i rodzina nie będzie mogła przychodzić pod okno, machać czy wołać Mamoooo.
    W moim domu „Mamo” było nieznośnie nadużywane, zastępowało pauzy w wypowiedziach i najczęściej nie przekazywało treści, a ja miałam już na mamowanie alergię. Trochę pomogło wpisanie tego słowa na półroczną listę słów zakazanych, Rodzina szybko znalazła sobie sposoby obejścia, świat się nie zawalił, ja odpoczęłam. Nowe określenia polubiłam, używamy ich od kilkunastu lat do dzisiaj.
    Potrzebujesz więcej przestrzeni prywatnej 🙂

    1. 😀 😀 😀 Kiedyś mawiałam, że odpocznę na emeryturze. Teraz widzę, że raczej się na to nie zanosi…Jedno jest pewne – nie jest nudno. I raczej nudno nie będzie 😛

  2. Dziękuję. Z długiej listy postów własnych niedopisanych, jednego pisać już nie muszę. Pierwszy akapit to TO, co czuję, myślę, od tygodni kliku, miesięcy kilkunastu, lat niemal zbyt wielu. Cisza. Marzenie moje. I jeszcze jedno. Pilot. W zestawie z dzieckiem każdym, taki z przyciskiem MUTE. Bo dzieci nie są niegrzeczne. Tylko żywe. Wesołe, szczebioczące, śpiewające, mruczące, i czasem tylko, zanim dojdą do tego, o co chcą zapytać, zaocznie już wołają mnie, do mnie, za mną, byle bym była w zasięgu.
    Myśli nie dokańczam. Telewizję z ruchu warg się uczę oglądać. Ale to nic. To nic.
    Zdrowe są. Z nami są. Amen.

  3. Mamo, wspaniale napisałaś! Trafiłam na ten post w mój jedyny „wychodny” dzień (bo też jestem mamą;) i buzia mi się sama śmieje do Twoich słów i zdjęć;) Jak dobrze znam Twą chęć ucieczki, ja też się czasem wybierałam na księżyc albo znacznie bliżej, gdy nadmiar hałasu,bodźców w niedzielę wydawany przez moja rodzinę – bolał mnie wprost fizycznie. Zazwyczaj krótko spacer, bardzo szybkim krokiem, w samotności pomagał… A bywało, że rodzinka nawet nie dostrzegła mojej nieobecności przez te 20, 30 minut. Pozdrawiam i uśmiecham się do Ciebie zza klawiatury:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s