Uncategorized

Jak one to robiły

images

Poniżej znajdziecie przetłumaczony wywiad z mamą autorki bloga the50shousewife.com, panią domu i matką wychowującą ósemkę dzieci w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Myślą przewodnią tej rozmowy jest pytanie “Jak to robiłaś, mamo? Lśniący czystością dom przy ósemce dzieci, nieobecnym wiecznie mężu – żołnierzu i braku jakiejkolwiek pomocy domowej? Jak to było możliwe?”

Czytajcie dziewczyny – i nie załamujcie się za bardzo. Bądźcie dzielne.

images

Pytanie: Mamo, ile miałaś lat, jak wyszłaś za mąż?

Odpowiedź: Wyszłam za mąż w 1961 roku, mając 18 lat. Mój najstarszy syn urodził się w maju 1962 roku. Ponieważ mój mąż był zawodowym żołnierzem, na początku było mi dosyć ciężko. Musiałam znaleźć mieszkanie dla nas i umeblować je, bo mój mąż był daleko. Potem przyjechał do nas na dłuższą przepustkę, czego owocem był mój drugi syn, urodzony w grudniu 1963 roku.

Pyt: Miałaś sporo roboty, jak na samotną żonę wojskowego…Czy mogłaś liczyć może na pomoc kogoś z rodziny?

Odp: Niestety nie. Na dodatek musiałam też zajmować się domem mojej matki, która w tamtym czasie mieszkała na sąsiedniej ulicy.

Pyt: Czytelnicy muszą wiedzieć, że przedłużające się nieobecności twojego męża i nieustanny stres spowodowany samotnym wychowywaniem dwójki maleńkich dzieci, doprowadziły do rozwodu. Po jakimś czasie poślubiłaś swojego drugiego męża, a mojego ojca, Dona.

Odp: Tak, to prawda. Mój pierwszy mąż również powtórnie się ożenił, jednak nadal byliśmy w ścisłym kontakcie, ze względu na dzieci.

Pyt: Mój ojciec miał również dzieci z pierwszego małżeństwa?

Odp: Tak, troje. My razem również mieliśmy trójkę dzieci.

Pyt: No tak. Ja byłam najmłodszym dzieckiem z naszej ósemki, którą stanowili Sean, Carol, Kelly, Paul, Tracey, Wendy, Laurie i ja. Jednak częstymi gośćmi w naszym domu były też dzieci z nowego małżeństwa twojego pierwszego męża, Lisa i Francis. Jak, na litość Boską, dawałaś sobie radę?

Odp: Kluczowa jest dobra organizacja, właściwe przygotowanie i praca zespołowa. Zawsze starałam się jak najwcześniej wpoić ideę pracy zespołowej wszystkim dzieciom. Wyobrażałam sobie, że jeśli dwulatek może się sam rozbierać i robi to nieustannie, czy jest taka potrzeba czy nie, to z pewnością jest też w stanie wrzucić swoje brudne ubrania do pojemnika w pralni. A  już na pewno nawet najmłodsze dziecko będzie umiało dobierać parami skarpetki. Tak więc wszyscy dosyć wcześnie wdrażali się we wspólną pracę.

images

Pyt: Czy mogłabyś dać nam jeden przykład dobrej organizacji, o której wspominałaś?

Odp: Oczywiście.. W tamtym czasie mieszkaliśmy w piętrowym domu. Na górze znajdowały się wszystkie sypialnie oraz łazienka. Każdego poranka, kiedy tylko się budziliśmy, starsze dzieci ścieliły swoje łóżka, myły zęby i ubierały się w rzeczy wcześniej dla nich przygotowane. W tym czasie ja przewijałam i myłam maluchy. Poprzedniego wieczora gromadziłam wszystkie potrzebne mi na rano rzeczy wokół przewijaka – pieluchy, ubranka, i tak dalej. Na parterze miałam drugi przewijak, wokół którego gromadziłam to wszystko, czego maluszki będą potrzebować w ciągu całego dnia. Tak więc zarówno ubrania szkolne starszych dzieci, jak i ekwipunek maluchów były gotowe poprzedniego wieczora.

Kiedy ja kończyłam ubierać najmłodsze, starsze z dzieci, którego kolej przypadała w tym tygodniu, odkurzało wszystkie sypialnie. Na dół schodziliśmy dopiero wtedy, kiedy wszystko było zrobione: dzieci ubrane i przewinięte, a pokoje uporządkowane. Później, w ciągu dnia, żadne z dzieci nie miało żadnego powodu, aby wchodzić na górę, więc ta strefa domu pozostawała czysta i wolna od bałaganu.

Pyt: A co z dziećmi, które były zbyt małe, aby się samodzielnie ubrać, albo pościelić swoje łóżko?

Odp: Jak już wspominałam, obaj moi mężowie często przebywali na służbie, z daleka od domu, dlatego od samego początku wdrażaliśmy w dzieciach ideę pracy zespołowej. Wszystko, co robiliśmy, było jej częścią. Starsze dzieci pomagały młodszym w ścieleniu łóżek; kiedy maluch trochę podrósł, miał za zadanie uporządkować jedną stronę łóżka samodzielnie, podczas kiedy starsze ścieliło drugą stronę. Po pewnym czasie maluch umiał już pościelić swoje łóżko samodzielnie. Nawet jeśli nie wyglądało to perfekcyjnie, to było w porządku. Liczył się wysiłek i chęć uczestniczenia w życiu rodziny. Maluchy był zawsze bardzo dumne ze swojej pracy; każdy lubi zrobić  dla innych coś pożytecznego.

vintage-casey-doll

 

Pyt: A co z zabawkami? Jak mogliśmy dostać się do naszych zabawek, jeśli nie wolno nam było wchodzić do sypialni w ciągu dnia?

Odp: W sypialniach znajdowały się tylko łóżka i komody, ze dwa pluszowe zwierzątka dla każdego dziecka i mnóstwo książek. Nie trzymałam w nich niczego więcej, ponieważ te pokoje służyły tylko i wyłącznie wypoczynkowi. Na parterze mieliśmy rodzaj bawialni czy świetlicy w której dzieci mogły się bawić, ale nawet tam nie było nadmiaru zabawek. Dziewczynki miały oczywiście swoje Barbie, a chłopcy żołnierzyki, a poza tym mieliśmy tylko pudła z posortowanymi akcesoriami do malowania, wycinania, lepienia i tak dalej. Dzieci korzystały na przykład z pudła z kredkami i kolorowankami, a jak skończyły rysować, musiały posprzątać, żeby zacząć bawić się czymś innym.

Ta metoda miała na celu dwie rzeczy: zwykle wybieraliśmy zabawy wymagające czasu i wyobraźni. To sprawiało, że dzieci były stale zajęte w sposób jednocześnie twórczy i pouczający. Moje córki  nigdy nie miały gotowego domku dla lalek, ale przez lata zbudowały ich z pewnością kilkanaście. Przez całe rano dziewczynki potrafiły budować lalczyne miasto, którym bawiły się przez resztę dnia, aż do późnego wieczora…no, chyba że żołnierzyki ich braci przybywały, aby je zniszczyć (śmiech) Nikt się nigdy nie nudził.

Pyt: To co powiedziałaś, rodzi we mnie dwa pytania. Po pierwsze, kiedy starsze dzieci się bawiły, a ty im towarzyszyłaś, gdzie w tym czasie podziewały się maluchy?

Odp: To proste: korzystałam z kojca. Chciałam, aby maluchy były razem ze mną, a jednocześnie nie przeszkadzały i były bezpieczne, więc wkładałam je do kojca. Jednak kiedy na przykład ze starszymi robiliśmy wycinanki, maluszki również dostawały papier, który mogły sobie drzeć. Kiedy robiliśmy samochody z pudełek do butów, także bobasy miały swoje pudełka do zabawy. Cały czas wdrażałam pracę zespołową, zaczynając od jak najmłodszych dzieci.

images

 

Pyt: I drugie pytanie: jak radziłaś sobie, kiedy jedno z dzieci nie chciało bawić się z innymi? Albo było bardzo niegrzeczne? Z pewnością nie wszystkie zabawy były zgodne?

Odp: Jeśli któreś z dzieci zamiast bawić się z innymi wolało sobie poczytać albo wyjść na podwórko, oczywiście mogło tak zrobić. Jednak zwykle było tak, że kiedy wyciągaliśmy któreś z pudeł, to właśnie była główna propozycja zabawy na ten konkretny czas. Teraz rodzice są zbyt skupieni na dzieciach, pozwalają im rządzić całym domem i rodziną. Takie nastawienie rodzi wiele problemów i z pewnością nie sprzyja późniejszym szkolnym aktywnościom. Kiedy moje dzieci były małe, mówiło się “albo się z nami bawisz, albo idziesz na podwórko”. I już.

Pyt: A co z dyscypliną? Czy dzieci były karane?

Odp: Za karę sadzałam niegrzeczne dziecko z rękoma złożonymi na piersi, na krześle na przeciwko mojego krzesła. Delikwent siedział tak przez jakieś pięć minut. Przedtem oczywiście musiał wysłuchać, dlaczego zostaje ukarany. Po upływie wyznaczonego czasu wymagałam, aby przyznał się do winy i przeprosił. Jeśli w czasie tych pięciu minut usłyszałam choćby słowo protestu, wydłużałam czas o kolejne dwie minuty. Jeśli dziecko nie chciało się przyznać do winy i przeprosić, siedziało na krześle dopóty, dopóki nie zmieniło zdania. Nie zawsze ten sposób zdawał egzamin, ale zwykle odnosił pożądany skutek. Jeżeli delikwent był bardzo uparty, sięgaliśmy do sprawdzonych od setek lat metod dyscyplinowania, które w dzisiejszych czasach są nie do przyjęcia, ale wtedy  były akceptowalne i z pewnością skuteczne. Miałam cały zestaw drewnianych łyżek, które bardzo się przydawały w przypadku szczególnego nieposłuszeństwa starszych dzieci.

images

Pyt: Uff, to na szczęście nie byłam ja…A wracając do sprzątania. Czy mogłabyś zdradzić nam kilka sposobów, które ułatwiały ci utrzymanie porządku?

Odp: Chwileczkę, niech pomyślę…Miałam na przykład świetny sposób na brudne pieluchy – a w tamtych czasach nie mieliśmy pieluch jednorazowych. Nigdy nie musiałam prać stosów brudnych pieluch, ponieważ czyściłam je natychmiast po przewinięciu dziecka. W kuchni miałam podwójny zlew, bardzo głęboki. Każdą brudną pieluchę prałam w jednej zlewozmywakowej komorze, a następnie rozwieszałam na sznurze za domem. Bardzo zabrudzone pieluchy najpierw moczyłam przez godzinę w wodzie z wybielaczem, a następnie prałam i dokładnie płukałam. Jeśli włączysz taki nawyk do swojej codziennej domowej krzątaniny, przewinięcie dziecka przedłuża się co prawda o jakieś dwie czy trzy minuty, ale oszczędza kilkugodzinnego prania stery brudnych, śmierdzących pieluch. Pieluchy moich dzieci były zawsze czyste, gotowe do użytku. W ten sposób oszczędzałam też pieniądze, ponieważ nie musiałam kupować dodatkowych tuzinów pieluch. Jeśli pierzesz na bieżąco, nie ma takiej potrzeby.

images

Ten sam sposób stosowałam przy zmywaniu naczyń. Wszystkie były natychmiast myte, wycierane i chowane do szafki przeze mnie lub przez dzieci. Nasza codzienna zastawa była z nietłukącego się szkła, żeby dzieci mogły swobodnie pomagać przy przygotowywaniu posiłków oraz przy sprzątaniu po nich. Jak widać i tutaj stosowałam zasadę pracy zespołowej. Jeśli to było możliwe, dzieci przygotowywały lunch, po którym wszyscy sprzątaliśmy. Również najmłodsze dzieci brały udział w porządkach, wycierając do sucha swoje miseczki. Oczywiście, zwykle musiałam po maluchach poprawiać, ale robiłam to dyskretnie, odstawiając miseczki na miejsce. Każdy posiłek przebiegał w ten sam sposób.

images

Pyt: I żadne z nas nie marudziło?

Odp: Oczywiście, że co jakiś czas któreś z dzieci narzekało, ale pomimo to zdawaliście sobie sprawę, że nie macie wyjścia. Każdy kto bałagani, musi po sobie posprzątać.

Pyt: Niezła zasada.

Odp: Dosyć szybko nauczyłam się, że opłaca się być konsekwentnym: “Mów, co masz na myśli i rób to, o czym mówisz” ( Say what you mean and mean what you say). Jeśli dziecko było nieposłuszne lub leniwe, początkowo jedynie ostrzegałam je, że “pójdzie na krzesło”. Przekonałam się jednak, że lepiej od razu ukarać dziecko, niż grozić karą i jej nie wykonać. W ten sposób dzieci uczą się, że mogą robić co chcą i nic im za to nie grozi. Konsekwencja jest najważniejsza, wtedy dziecko wie, że ma traktować poważnie każde twoje polecenie.

images

Pyt: Opowiedz nam coś jeszcze.

Odp: Miałam też swoje sposoby na pranie. Przy siedmiorgu, a często dziesięciorgu osobach w domu, prania nam nigdy nie brakowało, tak więc musiałam wypracować sprawny system radzenia sobie z jego niekontrolowanym napływem. Każdego dnia rano, podczas ścielenia łóżek, kolejne dziecko zdejmowało swoją pościel i zanosiło do pralki. Mieliśmy specjalny grafik zmiany pościeli; przy tylu łóżkach było to konieczne. Każde dziecko miało swój własny ręcznik z wyszytym imieniem; ręczniki wisiały na haczykach w łazience i właściciel ręcznika odpowiadał za dopilnowanie, aby jego ręcznik był suchy i wisiał na miejscu, a nie leżał na podłodze. Haczyki były umieszczone w taki sposób, aby każde dziecko mogło swobodnie do nich dosięgnąć. Jeśli ktoś rzucił swój ręcznik byle gdzie, za karę musiał umyć całą łazienkę, poza dyżurem. To na ogół wystarczało, aby na przyszłość każdy pilnował porządku. Ręczniki do twarzy były wymieniane codziennie, ręczniki kąpielowe miały swój grafik, podobnie jak pościel. Bez grafiku z pewnością zostałabym zasypana praniem, które nie byłoby w stanie wyschnąć z braku miejsca.

Każda część  dziecięcych ubrań była oznaczona. Te rzeczy, które nie przechodziły z dziecka na dziecko (na przykład majtki czy skarpetki) były znaczone inicjałem imienia, natomiast ubrania przechodnie były znaczone numerami, zależnie od rozmiaru. Największe dziecko nosiło numer 1, mniejsze 2, i tak dalej. Miałam listę na której zaznaczałam które z dzieci nosi aktualnie rozmiar 1, które 2, a które na przykład 4. Niektóre dzieci rosły szybciej niż inne, więc nie zawsze rozmiar był zgodny z wiekiem dziecka. Numerki były pisane markerem do tkanin i  było je dużo łatwiej odczytać, niż  rozmiary na spranych fabrycznych metkach. Ten sposób sprawdzał się też podczas sortowania prania. Dzieci rozkładały uprane ubranka numerami, po czym każde brało swój numerek i chowało do komody bądź szafy. Maluszki miały naklejone obrazki na szufladach komody – majteczki na szufladzie z bielizną, bluzeczki na szufladzie ze sweterkami i bluzkami – i tak dalej. Tak więc każdy, niezależnie pd wieku był w stanie uporządkować i schować swoje rzeczy. Dzięki temu nigdy nie miałam problemu z maluchami wyciągającymi poukładane ubrania z szuflad.

 

Pyt: Pamiętam, że kiedy wchodziłam w okres dojrzewania, rosłam szybciej niż moje siostry, więc miałam najwięcej nowych ubrań, a one były za to na mnie obrażone (śmiech)!

Odp: No tak, a po roku czy dwóch wszystkie cztery nosiłyśmy już ten sam rozmiar. Rozbudowaliśmy wtedy dom i w nowej części mieliśmy ogromną garderobę. (Śmiech) To była zabawa!

Kiedy dzieci chodziły do szkoły, miały mundurki. Po przyjściu do domu przebierały się w domowe stroje, a szkolne odwieszały do szafy, bądź dawały do prania. Każdego wieczora, po kolacji, każde dziecko przygotowywało sobie ubrania na następny dzień, także stroje i buty gimnastyczne, żeby zaoszczędzić czas rano. Nikt się o poranku nie kłócił, ani nie szukał zgubionych skarpetek czy czegoś w tym rodzaju. Dobre nawyki są najważniejsze.

Pyt: Pamiętam, że kiedy moje dziewczynki były małe, a mąż nieustannie wyjeżdżał w delegacje, największą trudność sprawiały mi zakupy z trójką dzieci poniżej czterech lat. Jak, na litość Boską, radziłaś sobie z ósemką na zakupach?!

Odp: To były inne czasy. Po pierwsze, dzieci były grzeczniejsze, bardziej zdyscyplinowane. Po drugie, sklepy były mniejsze – nie mieliśmy 120 rodzajów płatków śniadaniowych i 80 rodzajów sosów do spaghetti. Zwykle wyglądało to tak, że jedno ze starszych dzieci pchało wózek z niemowlakiem, roczniak czy dwulatek siedział w wózku na zakupy, a reszta po prostu grzecznie szła za mną, ustawiona parami. Zakupy nie trwały długo, ponieważ miałam przygotowaną listę na najbliższy tydzień, zgodną z zaplanowanym wcześniej menu. Nigdy nie odstępowałam od swoich planów żywieniowych, więc żadne dziecko nie miało powodu żebrać o jakieś specjalne smakołyki. Po prostu trzymałam się swojej listy. Żeby jeszcze przyspieszyć cały proces, posyłałam dzieci w różne strony sklepu, aby przyniosły produkty z innych działów. W ten sposób dzieci uczyły się, jak robić zakupy – no i nie miały czasu na nudę.

images

Kiedy już wszystkie dzieci przekroczyły szósty rok życia, zmieniłam sposób robienia tygodniowych zakupów. Tylko jedno z dzieci szło ze mną do sklepu, a po zakończonych zakupach szliśmy na burgera albo na lody i spędzaliśmy czas tylko we dwoje. Dzieci to uwielbiały i każde czekało z niecierpliwością na swoją kolej. Wymyśliłam ten sposób, ponieważ w dużej rodzinie nigdy nie ma dość pieniędzy, aby wszyscy razem mogli wyjść do restauracji czy nawet do McDonalda.

Pyt: Pamiętam Fun Burgery z Burger Kinga.

Odp: No tak, przed epoką Happy Meals z McDonalda były Fun Burgery z zabawką-niespodzianką.

Pyt: Czy chcesz coś jeszcze dodać na temat zakupów?

Odp: Nie, ale chciałam zaznaczyć, że większą część soboty spędzałam przy kuchni, przygotowując półprodukty na cały nadchodzący tydzień. Niektóre potrawy wystarczyło tylko podgrzać, inne wymagały niewielkiej dodatkowej obróbki. Takie gotowe dania bardzo ułatwiały życie w tygodniu, zwłaszcza, gdy chłopcy wchodzili w sezon meczowy. W sobotę również przygotowywałam produkty na szkolne lunche dla dzieci. Wieczorny posiłek jedliśmy oczywiście wszyscy razem, punktualnie i bez telewizji.

Pyt: Uwielbiałam to. Udało mi się przenieść ten zwyczaj do własnego domu.

Czy miałaś jeszcze jakieś pomysły, którymi mogłabyś się podzielić?

Odp: Jednym z lepszych moich pomysłów były kartonowe zegary. Najmłodsze dzieci miały w swoich pokojach kartonowe zegary, wskazujące godzinę, o której mogą do nas przyjść i nas obudzić. Ten pomysł sprawdzał się zwłaszcza w weekendy. Stawialiśmy papierowy zegar obok prawdziwego i ustawialiśmy na przykład na godzinę szóstą rano. Maluchy po obudzeniu czekały, aż wskazówki prawdziwego zegara pokażą godzinę ustawioną na zegarze kartonowym. Ta metoda nigdy nas nie zawiodła.

Innym moim pomysłem, który sprawdził się nam tysiące razy było ” pudło ratunkowe” w samochodzie. W tym pudle miałam butelki z wodą i sokiem, suche ciastka, suszone owoce, dodatkowe ubrania i tak dalej. Zaoszczędziłam dzięki niemu tysiące dolarów, ponieważ jeśli jakieś zajęcia się przedłużały, albo gdzieś nas zatrzymano po godzinach – nie musiałam kupować posiłków w barach czy na stacjach benzynowych. Dla rodziny z wyliczonym budżetem było to bardzo ważne.

Pyt: Jakich produktów do prania i sprzątania używałaś na co dzień?

Odp: Prałam w zwykłym proszku do prania, czasem z dodatkiem octu i sody oczyszczonej. Używałam chloru do namaczania pieluch, wodą z octem myłam podłogi i okna. Jedynym luksusem, na jaki sobie pozwalałam były papierowe ręczniki w toalecie. Przy tylu dzieciach nieustannie myjących ręce i buzie unikałam ton ręczników do prania…

img_3358

Pyt: A co z łazienką? Jak udawało się utrzymać ją na tak wysokim poziomie higieny?

Odp: Mówiłam już o ręcznikach, ale była to zaledwie połowa wygranej bitwy. W tamtym czasie mieliśmy tylko wannę, bez prysznica, który zainstalowaliśmy wiele lat później. Dużo łatwiej było po prostu umyć wannę, niż czyścić całą ścianę i kabinę prysznicową. Myłam wannę codziennie, kiedy ostatnia osoba skończyła swoją kąpiel. Zajmowało to zaledwie minutę, ponieważ robiłam to codziennie. Również sedes i umywalka były czyszczone każdego dnia. Chłopcy, którzy “pudłowali” i nie trafiali od razu do sedesu, byli nauczeni, że mają po sobie sprzątnąć. Podłogę przecierałam codziennie wieczorem, a raz w tygodniu porządnie szorowałam.

W domu nie mieliśmy wykładzin podłogowych – nie znoszę wykładzin. Zbierają kurz i powodują alergie.

(…)

Pyt: Jakieś rady dla współczesnych pań domu?

Odp: Kiedy moje dzieci były małe, całe sąsiedztwo było moim wsparciem. Pomagaliśmy sobie wzajemnie. Mamy spotykały się wieszając pranie na podwórkach; w wolnych chwilach spotykałyśmy się na kawie. Nasze dzieci bawiły się razem. Podtrzymywałyśmy się na duchu, pilnowałyśmy sobie wzajemnie dzieci – po prostu wspierałyśmy się nawzajem. Teraz są inne czasy i młode mamy szukają pomocy w mediach społecznościowych i grupach internetowych. To bardzo smutne. Internet nie zastąpi bezpośrednich kontaktów międzyludzkich, a mamy tracą wiele czasu siedząc przy komputerze, zamiast wykonywać swoje obowiązki i zajmować się dziećmi. (Hmm, hmm, hmm -uwaga tłumacza :P)

Moja rada jest prosta: ustaw sobie pewne ramy czasowe. Godzina sprzątania, prania czy gotowania, a potem 15 minut przerwy. Godziny spędzone na fejsbuku sprawią, że po pierwsze tracisz cenny czas, a po drugie pogrążasz się w poczuciu winy. Wyjdź z domu i poznaj prawdziwych ludzi, z krwi i kości. Przyłącz się do klubu, wchodź w prawdziwe relacje. Wtedy i tylko wtedy twoje dzieci nie przepadną w wirtualnym świecie.

Druga moja rada jest taka: ogranicz zabawki do minimum. Dzieci mają zbyt wiele rzeczy, nie umieją już używać wyobraźni. Te dzieci przejmą kiedyś odpowiedzialność za nasz kraj, powinny umieć myśleć twórczo. Wymieniaj zabawki, niektóre chowaj na wypadek choroby.

Droga mamo zarezerwuj godzinę w ciągu dnia dla siebie. Kiedy dzieci już są w łóżkach, zajmij się sobą – poczytaj, obejrzyj film, broń Boże nie sprzątaj. Odpoczywaj, to podstawa higieny psychicznej.

Na koniec pamiętaj, że żadne przepisy nie zabraniają dzieciom pomagać w domu. Nie bój się wyznaczać dzieciom zadań do wykonania, niech pracują razem z tobą. Nie znęcasz się nad nimi, ale uczysz odpowiedzialności, dobrego wykorzystania czasu i wdrażasz im dobre nawyki na przyszłość.

Ja: dziękuję, mamo. Kocham cię!

Mama: Ja też cię kocham! A teraz idź, posprzątaj swój pokój! (śmiech)

Babski wieczór

 

 

Ps. A tutaj macie oryginał http://the50shousewife.com/2016/08/1872/

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Advertisements

15 thoughts on “Jak one to robiły

  1. Ciekawe. I chyba trzeba by to wdrożyć u siebie choć w sumie chodzi tu o czas poświęcony dzieciom oraz większe skupienie się na obowiązkach.

  2. Muszę przyznać, że wiele mądrych rad; zwłaszcza z zabawkami (moja mama tak robiła) pomaganiem, czy ta: “Wyjdź z domu i poznaj prawdziwych ludzi, z krwi i kości.” – nic bardziej prawdziwego!

    Natomiast kobiety w USA w tamtych latach to zupełnie inna historia. W społeczeństwie panowała wtedy tak zwana “tyrania białego domku” -kiedyś o tym napiszę, a można wcześniej zobaczyć te domowe kury w filmie “Służące” 🙂 Piszę “domowe kury” bo to nie był do końca ich wybór tylko tyrania społeczeństwa – nie zawsze wychodząca na dobre zarówno kobietom jak i ich dzieciom -również można zaobserwować w filmie.

    Dzisiaj -mam takie wrażenie- kobiety są same. Jak napisała ta pani; szukają wsparcia w Internecie, a nie wychodzą aby się spotkać ze sobą. Szkoda.

    1. Co do tyranii białego domku – zgoda. Jednak w porównaniu z tyraniami, jakie funduje nam nasza wspłczesność, tamta tyrania to bułka z masłem. Poza tym taki poukładany świat sprawiał, że ludzie byli jednak szczęśliwsi, nie w znaczeniu jakiejś wesołkowatości, ale większego spokoju wewnętrznego, harmonii.

  3. Zgadzam się, że czysty dom, to szczęśliwsza rodzina, jestem za podziałem obowiązków, uczenia od małego, ale.. przeraził mnie jeden ze sposobów na poradzenie sobie z dziećmi… te kartonowe zegary i to, że dzieci mogły przyjść do mamy/rodziców tylko o wyznaczonej godzinie. A co jeśli potrzebowały przytulenia o czwartej nad ranem. “Moi” wpadają do mojego łóżkao różnych porach nocnych i wiecie co, uwielbiam spać ze swoimi dziećmi!

  4. Jestem pod wrażeniem. Ileż mądrości i zaradności w tej kobiecie. Zorganizowała wspólne życie, bez szkody dla każdego jej członka. Aż mi wstyd, że przy jednym maluchu czasami narzekam i to przy naprawdę dużym wsparciu Męża. A wiele pomysłów wcielę w życie, bo jednak życie w 34 m mieszkanku było dużo wygodniejsze od życia w dużym domu.

  5. do Takiej sobie: nieprawda, że się nie nadajesz. I założę się, że masz parę swoich sposobów, które w wywiadzie nie zostały wymienione. (Wdrażanie wszystkiego, co w wywiadzie, byłoby raczej absurdalne — np. numerki na ubraniach nie zawsze się sprawdzą).

    MamoWDomu, dziękuję Ci pięknie za porcję Gałczyńskiego w poprzednim wpisie, a zwłaszcza za “Dwa słonie Hannibala”!

  6. Zawsze po przeczytaniu takiego tekstu mam ochotę rzucić wszyskto i zacząć pucować całe mieszkanie 😉 Nawet tak robię ale niestety efekty nie utrzymują się zbyt długo 😉 Jeśli znajdziesz kiedyś chwilkę to plisss opublikuj jeszecze jakiś wywiad, bardzo fajnie się to czyta (takie wspominki)

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s