Uncategorized

Przegląd i podgląd

Oddaje człowiek wiosną Narzędzie Pracy do naprawy, do Firmowego Serwisu, a co. Firmowy Serwis, dziarsko bierze się do roboty i wymienia w Narzędziu wszystkie bebechy. Rewerencje, pochwały, uściski i gratulacje. Narzędzie działa przez czas jakiś, ale jakby z coraz większym namysłem; jakby coraz niechętniej, a w dodatku okazuje się, że różne konieczne w pracy otwory, wręcz kluczowe otwory, są, jakby tu powiedzieć – zapchane. Jak to zapchane, zapytacie? Ano tak. Firmowy Serwis źle poskręcał Narzędzie, ooops, czeba rozkręcić i na nowo skręcić. No, dobra. No, okej, ale jutro do odbioru? Och nie, nie, nie, zadzwonimy.
Mama czeka.  I czeka. I czeka.
Mamie się kojarzy…

To make the long story short, po jakichś trzech latach – naprawili. Fanfary, trąby, marsze triumfalne. Mama już nic nie mówiła, tylko Narzędzie zabrała i do domu poleciała.
Cieszcie się ludkowie mili, bo wam Mama czas umili.
Krótki przegląd nowości wiosenno-letnich.
Po pierwsze – hmm, hmm, hmm, pobite gary, brumm, brumm, odwołujemy wynajem Dużego Domu. Jak to w serialach brazylijskich bywa, w odcinku tysiąc sto siedemdziesiątym szóstym następuje gwałtowny zwrot akcji i wieści o śmierci Leoncia okazują się być grubą przesadą. Otóż po łzawym pożegnaniu i łzawym pakowaniu książek, okazało się, że mili państwo najemcy nie są jednak tak mili, na jakich wyglądali i pomimo podpisanej umowy – słuch o nich zaginął. Na szczęście rzecz cała odbyła się w miarę bezkosztowo, więc spuściliśmy na cały incydent zasłonę zapomnienia. Que sera, sera, zostajemy na miejscu, na co chyba – podświadomie – w głębi serca wszyscy liczyliśmy…
Duży Dom po prostu nie chce gościć nikogo obcego. Nie, to nie.

 

W nagrodę i na osłodę, wiosna tegoroczna tak pięknie nam rozkwieciła pnące hortensje, że z zachwytu i grozy, że mogło ją to widowisko ominąć, Mamie zaparło dech. Z takim zapartych tchem błąkała się Mama po ogrodzie rankami, popołudniami, wieczorami i nocami, żeby się napatrzeć, nazachwycać, zapamiętać na zawsze, że było się świadkiem takiego cudu. Jakie to swoją drogą niezwykłe, że natura co roku powtarza te swoje spektakle, sypie kolorami, włącza światło i dźwięk, umiejętnie dozuje efekty specjalne – wschody i zachody, gwiezdne noce, wietrzne poranki – i w nosie ma nasze plany, knowania, pomysły. Po prostu robi swoje i po cichu, po wielkiemu cichu – przemienia świat.

 

Tuż przed wakacjami mały Beniamin Józef został uroczyście ochrzczony – i Duży Dom ponownie stał się sceną przygotowań do uroczystej uczty, a następnie samej uczty. Wszystko udało się nad podziw – pogoda dopisała, podobnie jak goście; Benio ze spokojem przyjął wzruszający fakt włączenia go do wspólnoty Kościoła – prawdę mówiąc, całość uroczystości przespał snem sprawiedliwego…Za to Babcia z DD nie omieszkała uronić łez wzruszenia na widok tego śpiącego Małego Rycerza. Święty Duch musnął delikatnym tchnieniem pięknie sklepione Beniowe czółko i złożył na nim swoją niewidzialną pieczęć.
A po uroczystej mszy – uroczysty obiad. Czuwały nad nim dwie urocze, młode babcie, jak istne dobre wróżki…. Posiłek przygotowany i wydawany przez takie rączki nie mógł się nie udać!
Czerwiec przyniósł nam upragnione wakacje, zasnute nieco cieniem rekrutacji licealno – uczelnianej… jednak nie na tyle, żeby nie cieszyć się piękną, złocistą pogodą.
No i upragniony wyjazd czerwcowy do ulubionej, pustej (prawie) Białogóry. Pogodę mieliśmy prawdziwie morską – wiało, lało, paliło słońcem, wiało, lało, paliło słońcem i tak dalej w ten deseń. W tym roku niestety nie nabyliśmy się nad morzem – ze względu na rekrutacje i wyjazdy na Forum Młodych i Światowe Dni Młodzieży, ostały nam się jeno dwa tygodnie. Wieczory białogórskie Mama spędzała, zdeprawowana przez córki, na oglądaniu Downton Abbey… Nocne nadmorskie spacery przegrały z perypetiami rodziny lorda Grantham. Co za serial, co za aktorstwo, co za kostiumy…!!! To jedno z najlepszych filmowych odkryć Mamy ever. Morał z tego taki, że dobrze mieć dzieci…są tak bardzo na bieżąco.

 

Czy widzicie tę pustą plażę?! Istne szaleństwo, prawda?

 

Posiłki na tarasie u pani Mirki cieszą zawsze tak samo: naleśniki z truskawkami i widokiem na las smakują jakoś inaczej niż w domu.

 

Pięciolecie Tomasza przypadło akurat na środek pobytu; jubilat wybrał menu uroczystości, szczególną wagę przykładając do bogatego wyboru ciastek i ciasteczek. Motywem przewodnim były truskawki, truskawki i jeszcze raz truskawki.
Ta hobbicka droga jest naszą cowieczorną trasą po mleko i jaja. Tak jak pisałam rok temu TU, w Białogórze ostał się jeno jeden krowi ogon, tak więc – na szczęście – okoliczność ta zmusza nas do podróżowania w głąb lądu, po mleko. Jest to okazja do zbaczania z drogi, odkrywania pięknych miejsc ( jak TO opisane przeze mnie wcześniej), do buszowania w zbożu i wyjadania młodych ziaren z żytnich i pszenicznych kłosów. Uwielbiam tę drogę: tunel zieleni, błyskające zza pni zielone kłosy zboża, goniące nas obłoki i to jedyne na świecie, fantastyczne światło przedwieczornej pory: człowiek czuje się jak zanurzony w płynnym, złocistym miodzie.

 

 

A droga wiedzie w przód i w przód  choć się zaczęła tuż za progiem –I w dal przede mną mknie na wschód, a ja wciąż za nią – tak jak mogę…skorymi stopy za nią w ślad –aż w szerszą się rozpłynie drogę,Gdzie strumień licznych dróg już wpadł…A potem dokąd? – rzec nie mogę.

 

W tym roku udało nam się spełnić zeszłoroczną obietnicę daną Tomciowi – wybraliśmy się pociągiem  na Hel. Zabawna podróż wąziutkim języczkiem Polski, inkrustowana co chwila okrzykami Tomka “o, widać morze!!!”; groza na widok koszmarnie tandetnych bud pokrywających każdą piędź ziemi w tym uroczym niegdyś miasteczku, niedowierzanie na widok cen smażeniny rybnej, opatrzonej hasłem “świeża ryba”(brrr); ulga, kiedy w porcie natknęliśmy się na polową, dosyć chwiejną wędzarnię, w której za górę kasy, dostaliśmy przepyszną, ciepłą rybkę i bułę do zapchania głodnych gąb.
Uciekliśmy z portu na cypel, a tam – same cuda. Pusto. Pięknie. Land’s End.

Powróciwszy z Białogóry, błąkamy się wakacyjnie po średnio najbliższej okolicy. Odkrywamy Podlasie, które, chociaż jest kolebką obu naszych dużodomowych rodzin, jest nam jakoś mało znane. Musimy to koniecznie nadrobić, bo już zakochaliśmy się w tej krainie, z jej krętymi rzekami i tak samo krętymi drogami, prowadzącymi przez skansenowate wsie i opłotki.

 

Zachwycił nas Drohiczyn, jakby żywcem wyjęty z Sienkiewicza, jakby zaklęty w drżącej bańce czasu. W knajpie pod katedrą zostaliśmy nakarmieni do wypęku kartaczami, babką ziemniaczaną, zagubami i świeżonką. Nie wiem, ile to wszystko miało kalorii, ale były to najlepsze kalorie, jakie jadłam w ostatniej pięciolatce. Na pewno wrócimy tam po więcej wrażeń kulinarnych i etnograficznych.


Jechał chłop przez Bug.
Wiózł ze sobą buk.
Dałby Bóg, aby buk nie wpadł w Bug.

I przepłynęliśmy przez Bug…

 

 

A na drugim brzegu można było kupić taki prześliczny dworek! Ech, gdyby tylko Mama znała jakiś sposób na zbicie większej kasy… jakiś alchemik z recepturą na produkcję złota mile widziany. Od zaraz, pliz.

 

Tegoroczne wakacje zapamiętamy też jako kamień milowy w rozwoju Tomasza, który z dnia na dzień nauczył się jeździć na dwóch kółkach! O ulgo! O potencjalne wycieczki, których wysyp blokowany był przez nienawistne dwa kółeczka, plączące się za rowerem! O wolności jechania po wertepach, bez konieczności ciągnięcia za sobą jęczącego dziecka, któremu kółko albo kręciło się w powietrzu, albo utykało na amen w piachu! Yes, he can!!!

 

 

 

 

 

Wakacje zawiodły nas też w krainę sadów, czyli w okolice Grójca. Tamże Mamę po raz kolejny trafił jasny szlag. Otóż drzewa w sadach uginają się od czereśni, których nikt nie zrywa, bo… spadłyby ich ceny. No jasne, Mama płaci na bazarku w Falenicy dychę za kilogram sercówek, których siostry gniją na drzewku, trzymając cenę. Szliśmy sobie drogą przez pola i sady, opychając się czereśniami, wiśniami, porzeczkami… Dlaczego sadownicy nie wpuszczą ludzi do swoich sadów – kliencie zerwij sobie sam! Taki klient, narwawszy sobie kosz owoców, byłby ważony i podliczany przy wyjściu z sadu i płaciłby bezpośrednio hodowcy, pomijając jakieś głupie skupy. Sama przyjemność i korzyść dla obu stron. To nie, lepiej, niech się marnuje. Wrrrr.

 

Jeszcze przed nami dużo dobrych wakacyjnych chwil. Staramy się na razie nie myśleć o szkołach i innych uciemiężeniach człowieczych. “Pomyślę o tym jutro”- mawiała Scarlett O’Hara. To niezła rada.

 

 

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s